I wyjdzie, że wolne chwile zaczytuje, nie wiem, Mrożkiem?
Chyba powinienem to wrzucić w cudzysłów. Ale w zasadzie to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy. W ogóle to dziękuję z całego serca Łonie za ten kawałek, który idzie ze mną przez życie krok w krok już tyle lat.
Tak samo, jak Tango. No uwielbiałem i uwielbiam tę lekturę. Poznałem Mrożka w szkole średniej, kiedy nawet nie czytałem tej książki, tylko polonistka puściła nam wersję teatralną tej sztuki. I do tej pory pamiętam przyjaciela rodziny! Uwielbiałem pana Sławomira za to groteskowe poczucie humory, za wysoki standard operowania żartem i za kreskę, która w wyobraźni wygląda jeszcze lepiej niż w telewizji. Wiem, że jedni mają Kafkę, ale powinniśmy zdecydowanie bardziej doceniać Mrożka. I bardzo się cieszę, że trafił do mnie Tom II jego opowiadań. Opowiadań, które można zmieścić na aż 800 stronach, a i tak przeczyta się je w błyskawicznym tempie.
Jak to jest, że pisząc o poznaniu biednego kota można jednocześnie mieć łzy i zaciągać się w poszukiwaniu oddechu, bo człowiek nie wytrzymuje? Nie będę pewnie oryginalny, ale przez ten brak oryginalności, mam świadomość, że nie skłamię. To była piękna przygoda i prawdziwa uczta literacka, przy czym intelektualna, również, bo Mrożek zmusza do myślenia. Tutaj jest też czas na coś trochę bardziej przygnębiającego. Wyjdziecie pewnie z tej książki posiadając smutne refleksje na temat człowieczeństwa i świata. Opowiadania, które pewnie przeczytaliście będąc nastolatkami w dobie dzisiejszego świata, tego, co się dzieje rezonują zupełnie inaczej. To jest jednocześnie wada, jak i zaleta, bo dzięki temu, dzięki tej uniwersalności pewnie można je czytać cały czas, wracać, odkładać, kończyć i nie kończyć. Naprawdę mam wrażenie, że za mało jest o Sławomirze (o ironio, dzisiaj jakbym tylko tu skończył pomyślelibyśmy o kimś zupełnie innym) tekstów, słów i opinii. A powinien spaść deszcz. Deszcz opinii i dobrych słów. Mrożek to nasze dobro narodowe. No bo popatrzcie. Kundera pisał w kraju, który już nie istnieje. Kafka pisał w kraju, który później sam nie wiedział ile ma właściwie opcji i podzielił się murem. A Mrożek? Mrożek o Polsce może pisać zawsze. Bo nasz kraj i nasza rzeczywistość, prędzej czy później nas zaskoczy jakimś absurdem. I to jest absurdalnie piękne. Niby jego już z nami nie ma, ale tym tomem opowiadań znowu możemy go mieć tak blisko.
I wiecie co? Jedni mogą i powinni nam go zazdrościć. Inni powinni Współczuć. Bo nie miał lekko opisując całą otaczającą go rzeczywistość. A mimo to, zawsze podołał.
Nie wiem czy ja podołałem opisując tę książkę, ale na pewno podołało @oficyna_noir_sur_blanc, ją wydając. A wysłanie mi jej możecie uznać za chichot losu.
Książka, która zostanie (W) głowie na długo.
Wybitna, wielowarstwowa, wstrząsająca. Wnikliwa wiwisekcja wojny, wygnania, władzy, winy, wolności. Wartka, wymagająca, wieloznaczna; wyrafinowany warsztat, wyborne wyważenie, wyjątkowa wyobraźnia. Wciąga, wzburza, wycieńcza, wwierca. Warto.
Oj warto, ale język pozwolił mi na użycie tylko tylu słów na „W". Nie dajcie się zwieść. W tej książce wszystko się ze sobą spaja, jednocześnie nic do niczego nie pasuje. Mamy Bałkany, mamy lata rewolucji, mamy nurty lewicowe, które walczą o byt i prawicowe, które ten byt chcą zagarnąć dla siebie. A może jest zupełnie odwrotnie?
Główny bohater ciągle szuka. A to odpowiedzi na pytania, a to historii do swojej powieści, a to miłości prawdziwej jak... no, właśnie jak co? Co jest prawdziwe a co tylko przelotne? Postawisz pieniądze, że znasz bohatera? Jeśli tak, to mam dla ciebie złą wiadomość. Możesz je szybko stracić. Tak jak miłość. Tak jak idee. Tak jak maszynopis. Wszystko można stracić. I to w ułamku sekundy!
Nie czytam powieści, trochę się z tego wypisałem. Tak samo, jak wzbraniałem się od współprac. Muszę jednak powiedzieć, że jak mogę zrobić coś na swoich warunkach, to przychodzi znacznie łatwiej. Nie kupiłbym tej książki, gdybym nie dostał jej od @oficyna_noir_sur_blanc, ale po przeczytaniu kupiłbym już dwa egzemplarze. Jeden na prezent a drugi na półkę. Żeby tak jak Walter i Władimir podążać razem.
To jest bardzo ciekawe, bo jak sobie wejdziecie na stronę wydawnictwa i wpiszecie samą literę z tytuły książki, to jej nie znajdziecie, bo musicie wpisać minimum trzy znaki. Jak wpiszecie zatem VV to też jej nie znajdziecie. Nawet jeśli to przypadek, jak poznanie się i wielka miłość głównego bohatera z pewną kobietą to pamiętajcie, że przypadków w niektórych kwestiach po prostu nie ma. Tak jak w tajemniczym testamencie. Powiedzcie sami, gdyby dzisiaj wysłano wam wiadomość, że ktoś obcy zapisał wam coś w testamencie, weszlibyście do samolotu tylko po to, żeby się dowiedzieć? Może czasem lepiej nie wiedzieć?
A co jeśli wam powiem, że to wcale nie musi być W?
I nic z tej opinii nie jest prawdziwe? Pewnie byście się zdenerwowali. Czyli zmieniłby się wasz stan. Zatem? Chyba się udało. Polecam tę lekturę z całego serca a wydawnictwu dziękuję.
A teraz jak w wojsku – do zamawiania!
To za mało dla mnie, ale głównie z tego powodu, że za dużo mówimy o innych konfliktach.
Tak wiem. Nie powinienem wprowadzać whataboutismu w tę sferę. I zanim ktoś uzna, że mówię źle – to się wytłumaczę. Przeszedłem podstawówkę, gimnazjum, technikum i w żadnej z tych szkół nie dowiedziałem się niczego na temat Wojny na Bałkanach. Na uczelniach wyższych zrozumiałe, że się nie dowiedziałem, skoro tam się idzie już w wybranym kierunku, więc nie można za wiele oczekiwać od przedmiotów mniej istotnych. Jak się zatem dowiedziałem? Przypadkowo. Nie pamiętam już jak, wiem, że po latach poznałem Windę Schindlera. Ależ to była książka! Opisy postaci, fabuła, abstrakcyjne sytuacje i to wszystko działało na wyobraźnie do momentu aż sobie nie uświadomiłem, że autor tak naprawdę opisuje to, co się wydarzyło. Czyli sąsiedzką nienawiść, zabijanie się w imię nacjonalistycznych pobudek. Po co dlaczego? Mało kto dzisiaj potrafi odpowiedzieć na to pytanie.
Później poznałem kolejnych autorów z tamtych stron, przeczytałem wiele książek i esejów a Darko nadal trzymał podium w sercu ulubionych pisarzy postjugosłowiańskich. Później była kolejna książka, ale o niej nie będę tu pisał. Zrobię to kiedy indziej. Darko Cvijetić wrócił zatem na polski rynek kończąc wojenną trylogię książką "To za dużo dla mnie” opisując w niej losy zbrodniarza wojennego, który wraca do swojego miasta po odsiedzeniu wyroku. Jak jest witany? Jak bohater. Ludzie chcą się z nim spotykać, namawiają go do opowiadań i jakby mogli, wnieśliby go na piedestał. A bliscy? Bliscy mają dość. Bo znowu wróciły traumy. Jedni nie chcą mieć z nim nic wspólnego, inni próbują zrozumieć, ale nie potrafią. A jeszcze inni... przekonajcie się sami.
Darko oczywiście ma swój specyficzny styl. Jest dużo metafor, odważnych porównań, czasem wręcz abstrakcyjnego poczucia humoru. Szybkie rozdziały, sporo bohaterów, pomieszany czas akcji. To wszystko tworzy, o ironio – wybuchową mieszankę. Cvijetić potrafi uderzyć w czułe punkty, żyje w mieście, w którym jest około 37 zbrodniarzy wojennych! Ta książka to podzielenie się punktem widzenia, o którym mówi się za mało. O tym, co powinniśmy robić z takimi osobami. Skazywać na dożywocie? Wybaczać? Dawać nową szansę? Wszakże przecież odsiedzieli swoje. A co jeśli w więziennej celi pisali listy do innych „bohaterów”, którzy również mocno zapadli w pamięć swoimi decyzjami? No właśnie. Ta książka nie stawia gotowej tezy, ona wręcz w każdym rozdziale zadaje pytanie. Pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedzi. I to jest jej największy plus.
A minus? Kolejny raz Darko zmusił mnie do przeczytania kolejnej porcji literatury Bałkańskiej i zanurzenia się w ten konflikt. I powiem wam szczerze, że patrząc na ceny niektórych dzieł mam ochotę powiedzieć tylko jedno. To za dużo dla mnie.
Nigdy nie byłem zły w innym kolorze niż czerwony, ale zielony jest znacznie ładniejszy.
To jak z językiem w tej książce. Jest ładny. Jest wysoki, jest sporo metafor i zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie taka forma do gustu. Co ciekawe, o ile na początku bardzo mi się ta zabawa słowem podobała, o tyle w pewnych momentach miałem wrażenie, że jest jej tam za dużo. Niemniej, zdecydowanie bardziej wolę jak pisarz chwali się swoim warsztatem aniżeli popełnia gafy i używa niskiego języka. Nie jestem intelektualistą, ale lubię czasem przy książce pomyśleć. Tutaj się zdarzyło. I to nie raz.
Eliza Kącka zabrała nas w świat, o którym wiemy coraz więcej, ale nadal wystarczająco mało, żeby ten świat ocenić ze swojej perspektywy. A o oceny zawsze najłatwiej, przecież po to się też tutaj spotkaliśmy, prawda? No właśnie. Ruda jest główną bohaterką, ale Eliza jako jej mama nie zawsze jest tłem. I mnie się to podoba. Widzimy te dwa światy, najczęściej razem, ale czasami osobno i to na naprawdę różnych częstotliwościach. To życie pełne pułapek, którego mama musi się nauczyć na nowo, a jeśli ktoś lubi dużo mówić i nagle trafia na niemowę, to musi czuć dyskomfort. A co jak to dotyczy bezpośrednio najbliższej nam osoby? Nie chciałbym wiedzieć.
Eliza Kącka pozwala nam wejść do jej głowy, do jej życia i poznać jej starania, walkę, czasem chwilę słabości, ale i chwile wielkiej radości jakiej dostarcza jej relacja z córką. Mamy tutaj całe spektrum sytuacji, z różnych momentów ich wspólnego życia. Mamy lata dziecięce, nawet problemy szpitalne, mamy lata szkolne i dylematy, przed którymi staje pewnie większość rodziców – kiedy zareagować i jak. Mamy walkę z systemowymi rozwiązaniami i pstryczek w nos dla specjalistów od wszystkiego. Bo wszyscy się znają na wszystkim najlepiej a w tej książce możecie to dostrzec jeszcze bardziej.
Wiem, że NIKE, wiem, że nagrody, wiem że to działa różnie na czytelników. Na mnie zadziałało tak, że przeczytałem ją, kiedy już opadł kurz po jej krzyku. Czytanie w spokoju i skupieniu jest przy tej lekturze bardzo polecane. Zarzutem może być to, że ramy czasowe i fabuła są pomieszane, czasem nie wiemy kto jest kim w jakiejś sytuacji, ale czy właśnie takie nie jest życie? Nie można mieć wszystkiego poukładanego. Na pewno się dobrze bawiłem, mimo że jeden rozdział wyjątkowo mnie zmęczył. Czym jednak jest jeden rozdział w całej książce zwanej życiem?
W pudełku po butach nie trzymałbym dzieci. Tylko co z tego, skoro najpewniej nie znajdę się w takiej sytuacji?
Tak najlepiej podsumuję tę książkę. Uwielbiam fikcję graniczącą z reportażem i reportaż graniczący z fikcją. Karina Sainz Borgo osadziła się w kraju pogrążonym przez biedę, bojowników, mniejsze lub większe rewolucje oraz miejsca na mapie, których żaden turysta nie chciałby zwiedzić. O ile turystyka ma to do siebie, że najpewniej wybieracie sami cel podróży i hotele, o tyle rewolucje potrafią wybuchnąć znienacka. I najczęściej są krwawymi rewolucjami. I najczęściej pochłaniają ofiary, często przypadkowe.
Jeśli wyobrazisz sobie siebie samego w środku takiego przewrotu, w miejscu, gdzie liczy się tylko przejście graniczne i kawałek schronienia, a pogoda może jeszcze bardziej obniżyć morale, to możesz zadać sobie pytanie, co byś zrobił i o co byś walczył. O siebie czy o bliskich? O znajomych czy rodzinę? Czy znasz swoją rodzinę na tyle dobrze, że poświadczysz, że w dobie największych kryzysów zawsze będzie przy Tobie, do samego końca?
Ta książka taka jest, że zadaje wiele pytań, nie udzielając praktycznie żadnych odpowiedzi. Jest bezkompromisowa. Główna bohaterka, walcząca o męża i dzieci błyskawicznie musi szukać otuchy w innej osobie, której właściwie nie zna. Wie jednak, że zajmuje się cmentarzem. I kiedy wszystko dookoła się sypie, kiedy nadzieja jest cząstką kurzu, Angustias podejmuje świadomą (a może nie?) decyzję o tym, że jej dzieci zasługują na godny pogrzeb. Nie mogła się nimi nacieszyć. Nie było jej dane przeżyć tych wszystkich chwil, które pewnie sobie zaprojektowała wraz z mężem w głowie. Dla niej liczyło się już tylko zapewnienie im spokojnego odejścia. W trzeci kraj.
Tę książkę czyta się szybko, mimo że jest często brutalna i trudna. Jest to jednak literatura pokazująca naturę człowieka w sytuacji krytycznej. Karina Sainz Borgo nie ocenia w zero-jedynkowy sposób bohaterów. Co z tego, że jesteś mężem skoro możesz odejść? Czy liczy się jak dobrą matką jesteś w ciepły dzień, kiedy w naprawdę deszczowy nie wiesz, co ze sobą zrobić? Nieważne czy potrafisz zarządzać miastem i jego obywatelami, jeśli w czasie największej próby zostawiasz ich na pastwę losu. Jednak jak łatwo oceniać czyjeś zachowanie z perspektywy uprzywilejowanego człowieka. Takie właśnie emocje za sobą niesie. Z jednej strony to fikcja, a z drugiej? Może właśnie, w tym świecie dzieje się coś tak strasznego, że każdy musi liczyć tylko na siebie? Przeczytajcie i zweryfikujcie swoje poglądy sami. Tylko szczerze.
W szkole mówili – lepiej łączyć niż dzielić. Politycy nie chodzili do tej szkoły.
Kto mnie zna ten wie, że reportaż, wszelakiej maści jest gatunkiem, który czytam regularnie. Uwielbiam. A jeśli do głosu dochodzą polscy autorzy, najczęściej biorę w ciemno. Zwłaszcza kiedy tematem się interesuję czysto empirycznie. Wziąłem, dodałem do koszyka, zamówiłem. I błyskawicznie przeczytałem.
Zacznę od tego, że doceniam grafików od jakiegoś czasu i uważam, że okładka jest świetna, symboliczna i pasuje do książki, która jest obrazoburcza. Co mówią Polacy na terapii? Mówią wszystko. Mówią o tym, że ich rodziny nie potrafią się z nimi dogadać przez... poglądy. Znajomi nie potrafią się już z nimi spotykać przez... poglądy. W pracy mają problemy przez... zgadliście, poglądy. Tylko że to jest zawsze tylko jedna strona medalu. A ta druga? Ta druga to jest właśnie sedno tej lektury. Karolina Olejak pokazała w bardzo klarowny sposób jak całe społeczeństwo myśli o sobie i o innych. Jak często oszukujemy siebie samych żeby się komuś przypodobać. I jak często to, co o kimś myśleliśmy (najczęściej dobrze) wychodzi po latach lub kilku sytuacjach. Jak zmienia się wtedy obraz. Nasz, danej osoby i całej grupy społecznej.
Przeczytałem ją szybko, bo to nie jest długa książka, ale szczerze nie jestem fanem rozdrabniania rozdziałów na siedemnaście podrozdziałów tylko po to, aby książka miała 300,400,500 stron. Tu rozdziałów jest niewiele. Autorka pokazała lewą stronę i jej obawy oraz prawą stronę wraz z jej obawami. Ukazano w książce zazdrość jednej strony do drugiej i odwrotnie. Czego dzisiaj boją się lewicowcy a czego prawicowcy? A co jeśli tak naprawdę boimy się tego samego, tylko politycy weszli nam tak bardzo w życie prywatne, że na siłę się nie dogadujemy? No właśnie.
Dużą zaletą „Nienawidzę ich!” jest opinia specjalistów z zakresu psychologii, psychoterapii. Jako że liznąłem w życiu trochę wiedzy z tej dziedziny nauki, cieszę się, że właśnie nurt poznawczo-behawioralny został w niej poruszony. Niemniej, jaki ten nurt by nie był, pytanie autorytetów w innej dziedzinie niż nasza, żeby poszerzyć wiedzę zawsze będzie na plus. No i tak szczerze. Kto z nas boi się przyznać, że są w społeczeństwie mądrzejsi od nas samych? No właśnie. Kupcie, przeczytajcie, podzielcie się opinią, ale przede wszystkim zerknijcie w głąb siebie i zastanówcie się ile razy zdenerwowaliście się na kogoś za jego "inne” poglądy. A potem zastanowimy się, wszyscy razem, przez kogo tak naprawdę jest tyle napięć i komu na tym zależy. Wątpliwe, że szarym przechodniom.
Kto z nas nie przeżył chociażby jednej młócki?
Piękne jest to słowo, acz chyba za rzadko używane. Młóckę można zrobić na polu, ostra muzyka grana na cały regulator dla niektórych też będzie nazywana młócką. Ostry korporacyjny zasuw również. A jak widać i na tytuł książki nada się idealnie.
Pytanie, czy ta książka faktycznie o tym jest. Przeczytałem błyskawicznie przygotowując się do rozmowy na kanał z autorem, po czym okazało się, że dwa razy ją musieliśmy przełożyć. Ale to dobrze, bo Marek pokazał, że w życiu są sprawy ważne i ważniejsze i nie ma sensu się spalać w imię czegokolwiek. To duży atut. Mimo że żyjemy w czasach, w których work life balance jest tak samo lubiany, jak i nienawidzony.
To jest kolejna książka Marka Szymaniaka, w której sięga głębiej w temat społeczny. Zapaść była dla mnie bardzo dobrą lekturą i poruszała temat, którego chyba za bardzo reportażyści nie chcą poruszać. Teraz, w dobie AI, modeli językowych, koszmaru Sama Altmana i obaw o to, że roboty zabiorą nam pracę, autor reportażu wszedł głębiej w branże, które mogą/powinny się obawiać utraty pracy. Jak jest naprawdę? W książce znajdziemy pracowników korporacji, własnych działalności, kierowców ciężarówek czy pracowników pięknie nazwanej branży delivery. Co ich łączy? To, że są z góry na straconej pozycji w walce o lepsze jutro z wielkimi podmiotami. Ogromne firmy mówią im jak mają ułożyć sobie życie a firmy oferujące pracę platformową już dawno nie są tylko dodatkiem do wynagrodzenia. Musisz tam wejść i dać z siebie wszystko, żeby wziąć tylko trochę.
Szybkie rozdziały, opinie specjalistów, rozmowy z bohaterami powodują, że błyskawicznie możemy wejść w miejsce, w którym obecnie są rozmówcy. Poczujemy się jak kierowca taksówki, który jest niesprawiedliwie traktowany przez system, ale również poznamy z drugiej strony życie imigranta, który dowozi nam pizzę. Nagle otrzymamy wiedzę, która może zmienić wektor naszego myślenia. Nagle okażę się, że strajki, protesty, związki zawodowe są po coś innego niż tylko po dwa złote podwyżki. Tu chodzi o coś więcej. Nie jest to literatura naukowa, Marek Szymaniak tak naprawdę w kilku elementach pozwala nam poznać i zapoznać się z danymi problemami. Ta książka pewnie nie otworzy oczu komuś, kto już poczuł oddech sztucznej inteligencji na plecach. Niemniej, w dobie tych wszystkich strachów, tego niemego krzyku pracowników, obaw pracodawców warto ją przeczytać, żeby dowiedzieć się z czym przyjdzie nam walczyć. I czy jesteśmy na pozycji wygranej, czy przegranej.